6 czerwca 1794 roku wojska Tadeusza Kościuszki starły się pod Szczekocinami z połączonymi siłami rosyjskimi i pruskimi. Był to jeden z tych momentów insurekcji, w których wielka nadzieja zderzyła się z twardą arytmetyką wojny: liczbą żołnierzy, dział, zapasów i sojuszy.
Po Racławicach w kraju pojawiło się poczucie, że powstanie może stać się czymś więcej niż rozpaczliwym gestem. Kościuszko urósł do rangi symbolu, a kosynierzy pokazali, że lud, jeśli zostanie dobrze poprowadzony, może wejść do historii nie jako tło wydarzeń, lecz jako ich uczestnik. Szczekociny przyniosły jednak przypomnienie mniej wygodne: sama energia narodu nie wystarcza, gdy przeciwnik ma przewagę i potrafi działać wspólnie.
Droga od nadziei do trudnego starcia
Kościuszko próbował prowadzić działania tak, aby nie dopuścić do połączenia wojsk rosyjskich i pruskich. To był sensowny zamiar, bo osobno każdy przeciwnik był groźny, ale razem stanowili siłę znacznie trudniejszą do zatrzymania. Pod Szczekocinami plan ten się nie powiódł. Naprzeciw wojsk polskich stanęły oddziały generała Fiodora Denisowa oraz armia pruska pod osobistą obecnością króla Fryderyka Wilhelma II.
Po stronie polskiej znajdowało się około kilkunastu tysięcy ludzi. Była regularna piechota, kawaleria, artyleria i kosynierzy. Po drugiej stronie stał przeciwnik liczniejszy, lepiej wyposażony i dysponujący mocniejszą artylerią. W opisach tej bitwy często powraca jedno wrażenie: Polacy nie uciekali od walki, ale weszli w nią z gorszego położenia.
Bitwa, która nie była prostą klęską
Starcie trwało kilka godzin. Walczono uporczywie, a Kościuszko starał się utrzymać porządek mimo nacisku z dwóch stron. W ogniu znalazły się oddziały, które jeszcze niedawno niosły entuzjazm zwycięstwa spod Racławic. Teraz musiały zmierzyć się z wojną prowadzoną przez państwa, które nie zamierzały pozwolić Rzeczypospolitej na odzyskanie samodzielności.
Wśród poległych byli generałowie Józef Wodzicki i Jan Grochowski. Ranny został sam Kościuszko, choć rana nie wyłączyła go z dalszych działań. Straty, zamieszanie i przewaga artylerii przeciwnika zrobiły swoje. Wojsko polskie musiało ustąpić. Nie była to jednak ucieczka armii bez ducha, lecz odwrót po walce, której warunki od początku były ciężkie.
Szczekociny pokazują, że w historii nie wystarczy pytać, kto miał rację. Trzeba też pytać, kto miał siłę, organizację i czas, aby tej racji bronić.
Co zmieniły Szczekociny
Po bitwie sytuacja powstania stała się trudniejsza. Spadło morale, a inicjatywa operacyjna zaczęła przechodzić w ręce zaborców. Wkrótce zagrożony był Kraków, a insurekcja musiała prowadzić walkę w coraz bardziej niekorzystnych warunkach. Szczekociny nie przekreśliły od razu całego zrywu, ale odebrały mu część rozpędu.
Dla czytelnika dzisiejszego ta bitwa może być ciekawa nie tylko jako epizod wojskowy. Jest w niej napięcie między odwagą a przygotowaniem, między nadzieją a rachunkiem sił. Kościuszko pozostaje postacią wielką, ale nie dlatego, że zawsze zwyciężał. Także dlatego, że potrafił wziąć odpowiedzialność w sytuacji niemal bez wyjścia.
W kalendarzu historycznym Szczekociny warto zapamiętać jako dzień bolesny, ale trzeźwiący. Narody potrzebują odwagi, lecz potrzebują też instytucji, wojska, pieniędzy, zaplecza i sojuszy. Bez tego nawet najuczciwsza sprawa może zostać wystawiona na próbę, której nie sposób wygrać samym zapałem.




























