D-Day. Dzień, w którym Zachód otworzył drugi front

Żołnierze alianccy w łodzi desantowej zbliżają się do plaży Omaha podczas lądowania w Normandii.

Żołnierze alianccy zbliżają się do plaży Omaha, 6 czerwca 1944 r. Źródło: U.S. Navy / Wikimedia Commons, domena publiczna.

6 czerwca 1944 roku rozpoczęło się alianckie lądowanie w Normandii, znane jako D-Day. Był to początek operacji „Neptun”, czyli desantowej części większej operacji „Overlord”. W praktyce oznaczało to otwarcie zachodniego frontu w Europie i początek końcowego etapu wojny z III Rzeszą.

Ten dzień obrósł legendą, ale jego prawdziwa siła nie polega na filmowym obrazie żołnierzy wyskakujących z barek pod ogniem. To także historia miesięcy przygotowań, fałszywych tropów podsuwanych niemieckiemu wywiadowi, prognoz pogody, logistyki, nerwowych decyzji i tysięcy ludzi, którzy musieli wykonać swoje zadanie w chaosie morza, dymu i hałasu.

Operacja, która zależała od pogody

Inwazję planowano z ogromną starannością, ale ostatecznie jej termin zależał od kilku zwyczajnych rzeczy: pływów, światła księżyca i pogody nad Kanałem La Manche. Generał Dwight Eisenhower musiał podjąć decyzję, której nie dało się w pełni zabezpieczyć żadnym sztabowym planem. Gdyby zwlekał zbyt długo, Niemcy mogliby lepiej przygotować obronę. Gdyby ruszył w złych warunkach, desant mógł zakończyć się katastrofą.

Alianci uderzyli na pięciu plażach: Utah, Omaha, Gold, Juno i Sword. W pierwszej dobie przez morze przerzucono około 156 tysięcy żołnierzy. Za nimi stały tysiące okrętów, barek desantowych, samolotów, pojazdów i ton zaopatrzenia. Była to jedna z największych operacji desantowych w dziejach.

Omaha i cena pierwszego kroku

Najcięższe walki toczyły się na plaży Omaha. Niemiecka obrona była tam silniejsza, niż zakładano, a pierwsze fale amerykańskich żołnierzy znalazły się pod niszczącym ogniem. Wielu zginęło, zanim zdążyło wydostać się z wody albo przejść przez odsłonięty piasek. D-Day nie był więc łatwym zwycięstwem. Był wejściem na kontynent zapłaconym krwią.

Właśnie dlatego tak mocno działa na wyobraźnię. Nie pokazuje wojny jako mapy z przesuwającymi się strzałkami. Pokazuje człowieka, który musi iść naprzód, choć widzi przed sobą ogień, zasieki i rannych kolegów. W historii wielkich operacji łatwo zgubić ten osobisty wymiar. A bez niego opowieść o Normandii byłaby tylko technicznym opisem manewru.

Eisenhower przygotował krótkie oświadczenie na wypadek klęski. Brał w nim odpowiedzialność na siebie. Ten mały dokument dobrze pokazuje ciężar decyzji, której skutków nikt nie znał o świcie 6 czerwca.

Polacy przy operacji Overlord

Polskie oddziały lądowe nie były w pierwszej fali desantu, ale Polacy uczestniczyli w alianckim wysiłku. Zadania wykonywały okręty Polskiej Marynarki Wojennej, między innymi ORP „Ślązak”, ORP „Krakowiak”, ORP „Piorun” i ORP „Błyskawica”. Obecni byli także polscy lotnicy oraz marynarze Polskiej Marynarki Handlowej.

W następnych tygodniach polski ślad we Francji stał się jeszcze wyraźniejszy. 1 Dywizja Pancerna generała Stanisława Maczka weszła do walk w Normandii później, a jej szlak bojowy prowadził między innymi przez zamknięcie kotła pod Falaise. Dlatego D-Day nie jest dla Polaków wyłącznie cudzą rocznicą.

Zwycięstwo i jego cień

Lądowanie w Normandii było przełomem, bo zmusiło Niemcy do walki na wielką skalę także na Zachodzie. Nie wolno jednak upraszczać tej historii. Dla Polski koniec wojny z Hitlerem nie oznaczał odzyskania pełnej wolności. Zachód zwyciężał, ale sprawa polskiej suwerenności miała zostać podporządkowana układowi sił z udziałem Stalina.

To nie odbiera znaczenia żołnierzom, którzy 6 czerwca 1944 roku ruszyli na plaże Normandii. Przeciwnie, pozwala patrzeć na ten dzień bez pocztówkowego uproszczenia. Był to dzień odwagi, organizacji i ryzyka. Wielki krok ku pokonaniu III Rzeszy, ale nie koniec dramatu narodów Europy Środkowej.

Exit mobile version